Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 222 215 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Gdzie wyrzucić komputer....

sobota, 06 października 2012 15:58

Nas w domu dwoje, a komputerów cztery. I wcale się tu nie chwalę, bo jeden komuter pamięta lata 90... Drugi zachacza oba wieki i nawet rzekłabym, że tysiąclecia. Tylko z trzecim i czwartym można "pokazać się na mieście".

Rzecz w tym, że z miłą chęcią pozbyłabym się tych gratów, ale nie wiem, jak i gdzie... Na obu wiekowych laptopach mam informacje, które choć nie są ściśle tajne, to wolałabym, żeby nie przedostały się w niepowołane ręce. No cóż, każdy ma takie dokumenty, które woli zniszczyć zanim trafią na śmietnik... Wiem, że istnieje jakieś specjalne niszczenie twardych dysków, ale to chyba nie jest opcja dla zwykłych śmiertelników. Z drugiej strony wiem, że samo formatowanie twardego dysku zbyt dużo nie daje, więc co dalej?

Problem narasta, bo mieszkam w ekologicznej Szwecji. Choć sama nie mam ochoty pozbywać się sprzętu, gdzieś w krzaczorach, to nie mam ochoty zostawiać laptopa w zwykłym śmietniu pod tabliczką "sprzęt elektroniczny".  

Skoro ani w jedną, ani w drugą, to chyba przyjdzie mi trzymanie sprzętu w domu, aż zarosnę... A może Wy wiecie, co mam robić?

Pozdrawiam :)


Podziel się
oceń
151
32

komentarze (99) | dodaj komentarz

Szczyt szczytów...

niedziela, 16 września 2012 13:08

Historia przedstawia się tak: pijany facet wpada na tory metra, a drugi, już całkiem trzeźwy skacze za nim i zamiast pomóc, okrada, zostawiając nieprzytomnego na pastwę losu. Szwecją wstrząsną więc skandal. Bo jak tak można?

Nawet pasażerowie, którzy wysiedli z pociągu, zaczęli się schylać, kłaść na peronie i szukać mężczyzny pod kołami, czyli wykazali więcej troski, choć chyba nie do końca wiedzieli, co dokładnie się stało. Mężczyzna żyje, podobno stracił stopę, ale jak na taki wypadek, to dobrze, że tylko stopę a nie życie. Na pomoc policji ruszyli ludzie, a bezduszny kieszonkowiec już jest złapany.

Rzecz oczywiście jest szeroko komentowana na całym świecie, także w Polsce. Polacy piszą na przykład o szczycie sk###ysyństwa, co oczywiście jest prawdą, poleciały także gromy na Szwecję i komentarze o tym, jacy Szwedzi są „naprawdę”. Tylko ja nie do końca wiem, czym Polacy tak się pieklą i dlaczego tak bardzo wieszają psy na Szwedach, skoro pierwsze, co przyszło mi na myśl to podobne zdarzenie z mojego rodzinnego miasta. Staruszek szedł do sklepu wieczorem, bo go żona wysłała po parę drobiazgów, dostał zawału i został okradziony, gdyby nie to, że żona wyszła po niego, gdy ten długo nie wracał, staruszek zamarzłby lub zmarł z powodu zawału. Do dziś nie wiadomo, kto go okradł - „Nikt nic nie widział” i oczywiście nikt mu nie pomógł.

Można jeszcze iść dalej. W Sztokholmie stacja była pusta, prócz nieszczęsnego kieszonkowca oczywiście. W Polsce nawet jeśli zasłabniesz (podkreślam zasłabniesz! A nie przewrócisz się po spożyciu...), masz małe szanse, że ktoś ci udzieli pierwszej pomocy, a jeśli już ten ktoś pomoże, to będzie to tak nadzwyczajne, że pokażą go w telewizji...

A przecież podobno wszyscy jesteśmy chrześcijanami i naszym obowiązkiem jest pomagać bliźniemu...

 


Podziel się
oceń
100
28

komentarze (33) | dodaj komentarz

Paraolimpiada nie dla Polaków?

niedziela, 02 września 2012 21:02

Oczywiście, że i tym razem TVP nie będzie transmitować Paraolimpiady... Co z tego, że już paraolimpijczycy zdobyli kilka medali?

Brak mi słów, bo przecież TVP ma podobno misję... Tylko jaka to misja? I niech mnie ktoś oświeci, czy "M jak miłość", puszczanie "Mody na sukces" i tandetnych amerykańskich filmów w cyklu "Okruchy życia" to właśnie to?

Cóż, dużo możnaby mówić o sytuacji niepełnosprawnych w Polsce i jak bardzo taka transmisja mogłaby pomóc (czasem nawet w wyjściu z domu, bo przecież ludzie w Polsce też w końcu przyzwyczają się do np. ludzi na wózkach, choć może lepiej niech "przyzwyczai" się polska infrastruktura...). Warto nawet i nam pełnosprawnym pokazać to i owo, bo szczerze - ja z dwiema rękami i dwoma nogami nie potrafię przepłynąć nawet połowy basenu, bo się topie... no i do jasnej *** przecież Paraolimpiada też jest raz na 4 lata!!! Jakoś można zorganizować na to fundusze!

Tak po całym piekleniu się, kto chce, niech kliknie na www.svt.se - Szwedzi ni tylko mają transmisje w TV, ale także online.  Nie wiem, czy TV poza Szwecją działa, nigdy nie sprawdzałam go z Polski, ale spróbować warto. Kliknijcie dalej na Livesändningar.

Pozdrawiam!


Podziel się
oceń
56
25

komentarze (35) | dodaj komentarz

100 rzeczy, które chcesz zrobić przed śmiercią...

sobota, 18 sierpnia 2012 18:49

Mój szwagier ma ogólnie nieciekawe pomysły, jednak ostatnio zrobił coś, co w sumie nie jest takie złe. Spisał swoje marzenia na kartce, podzielił je na realne i nierealne oraz wyznaczył sobie granice czasowe, kiedy i czego chce dokonać, np. skok na spadochronie do 35 roku życia, skok na bungee do trzydziestki, wyjazd do Chin do czterdziestki.

Gdyby nie był bucem, sama bym mu pogratulowała, ale że jest, nie powiedziałam nic, ale prędko poszłam do siebie i zaczęłam tworzyć swój plan. Pokazałam go mamie, a ona skwitowała, że będę miała nudne życie, choć w około tyle możliwości!.

Cóż, prawda jest taka, że moja pierwsza lista to były głównie książki, które chcę przeczytać. Bo przecież one jedyne są w zasięgu moich możliwości. Nie pisałam o takich rzeczach, jak np. wycieczka do Tybetu czy nurkowanie na rafie, bo przecież małe szanse, że w ogóle takie rzeczy się spełnią... Tylko dlaczego miałyby się nie spełnić? To w końcu była moja lista i moje życie, a marzeń w głowie mam miliony!

Usiadłam jeszcze raz i zaczęłam spisałam i rafę i Tybet, i zostanie dawcą szpiku, i polowanie na potwora w Loch Ness, i nawet licencję na pilota, a co mi tam?! Wyznaczyłam sobie terminy, pierwszy to koniec świata 2012, drugi trzydziestka, trzeci 35 urodziny i... odetchnęłam z ulgą, bo zrozumiałam, że spisanie tych właśnie rzeczy da mi jedno - szansą na ich realizację. Można marzyć latami i nic z tym nie zrobić, a ja nie mogę siedzieć z założonymi rękami, bo... gonią mnie terminy! Jeśli uda mi się zrealizować choć część tego, co chcę – wiecie różne rzeczy się w życiu zdarzyć mogą, mogę zwyczajnie nie dożyć któregoś terminu – to i tak będzie ciekawie.

Moi Drodzy! Ołówki w dłoń, kartki w ruch! Spiszcie, wyznaczcie możliwie jak najbardziej realne terminy i do dzieła, czyńcie swoje życie ciekawym!


Podziel się
oceń
57
20

komentarze (52) | dodaj komentarz

I cóż takiego złego zrobiłam?

poniedziałek, 06 sierpnia 2012 23:58

Mam problem, w skrócie brzmi on tak: zrobiłam sobie operację plastyczną i jestem z tego powodu szczęśliwa!

W czym problem, skoro jestem szczęśliwa? A no w tym, że choć w Szwecji zrobienie sobie nosa, cycków czy brzucha to nic strasznego, jednak w Polsce nauczono mnie, że każda operacja plastyczna to zło i próżność i w ogóle wszystko co najgorsze. Dlatego, choć jestem szczęśliwa, bo w lustrze nie straszy mnie już dwukrotnie złamany nos z kostninami i przesuniętą przegrodą, to cały czas czuję strach przed potępieniem ze strony wszystkich i wszystkiego. Bo już mnie potępiają i potępiać pewno będą.

Choć Kościół Katolicki daje mi rozgrzeszenie, bo nos miałam złamany i w wyniku owych perturbacji miałam problemy z oddychaniem i zapaleniem zatok, to nie sądzę, że rozgrzeszenie dostanę od ludu, w końcu nowy nochal to nowy nochal, a za operację zapłaciłam. Na szczęście w Polsce już nie mieszkam, a w Szwecji raczej się pytali, czemu tak długo zwlekałam. Skoro nie lubiłam swojego kulfona, trzeba było działać tuż po wypadku, a nie czekać tyle lat, żeby nabawić się innych schorzeń! Ale jak im tłumaczyć, że w Polsce nos składał mi nawet nie lekarz, salowy może, że nikt tam nie interesował się jak wszystko zrasta się nie tak jak trzeba, raczej podejście na zasadzie 'przyklepać taśmą klejącą i będzie działało' stosowało się także w medycynie w tamtych czasach. Poza tym już to widzę, jak rozmawiam z moimi rodzicami o moich kompleksach i o tym, że chcę mieć nos jak wcześniej. Pewno usłyszałabym „Zarobisz sama to sobie zrobisz”.

No to zarobiłam i zrobiłam. I mimo pełni szczęścia i optymizmu, mam te wyrzuty, że jestem próżna, bo tak mnie wychowano. Od jednej znajomej dostałam nawet maila przed operacją, że „tylko naturalne jest piękne” (choć, czy w moim przypadku to można było nazwać naturalnym?) i że ona nigdy w życiu nie zrobiłaby takiego głupstwa, choć sama wydaje fortunę na kosmetyki, fryzjera i spa, a ja z ręką na sercu nigdy nie byłam w spa ani nawet u kosmetyczki, nigdy nie zrobiłam sobie paznokci, nawet przed studniówką, u fryzjera ostatni raz byłam trzy lata temu, więcej wizyt nie pamiętam, a makijażu nie stosuję, choć czasem żałuję, ot raz poszłam zrobić sobie nos... Znajoma dodała kilka linków do artykułów o osobach, które zostały roślinami po operacjach plastycznych – na tyle się wystraszyłam, że przed operacją dostałam końską dawkę leków uspakajających...

Dziwne jest podejście np. do krzywych zębów w Polsce, bo je od razu się prostuje, a jak jesteś dzieckiem, to jeszcze prostują z refundacją i błogosławieństwem NFZ, więc czemu jest tyle kontrowersji wokół mojego krzywego, a teraz prostego nosa? Krzywe plecy też się leczy bez przeszkód, podobnie jak zeza, a nie wmówicie mi, że osoba z zezem nie jest mniej atrakcyjna niż bez zeza.


Podziel się
oceń
55
18

komentarze (40) | dodaj komentarz

Gdzie zaczyna się prawdziwy sport?

sobota, 28 lipca 2012 19:16

 

Zapytam przewrotnie: po co nam w ogóle paraolimpiada? Taka myśl mnie naszła podczas oglądania ceremonii otwarcia igrzysk w Londynie. Wśród wolontariuszy i chórzystów były dzieci na wózkach i jak równy z równym śpiewały z pełnosprawnymi i odgrywały swoje role. Dobrze, niech się uczą, że dziecko niepełnosprawne to dziecko pełnowartościowe. Może robić to co chce, rozwijać swoje talenty i osiągać sukcesy, tak jak dziecko pełnosprawne. Tyle tylko, że później na stadion weszły rzesze bardzo pełnosprawnych sportowców z całego świata, zapalił się dla nich znicz, który zgaśnie tuż po ich wyjeździe. Niepełnosprawni muszą „zbierać resztki po obiedzie” i zapalić sobie samemu ogień, ale dopiero jak tamci już pojadą i kamery całego świata będą zwrócone gdzie indziej... Smutne trochę.

 

W ogóle znacie jakieś sporty paraolimpijskie? Ja wymienię może trzy, a jak się skupię to może nawet z pięć. A jakieś nazwiska? Hmmm... wiem, że jakaś dziewczyna gra w ping ponga. Żenada po prostu! A przecież nasi paraolimpijczycy potrafią przywieźć więcej medali niż olimpijczycy. Tyle tylko, że ich sukcesów w telewizji raczej nie obejrzymy, a medale, które przywiozą mają chyba mniejszą wartość, bo cieszymy się z nich mniej (o ile o nich wiemy) i nie liczą się np. do rankingu medalowego.

 

Czyli otwarcie igrzysk swoje, a sportowcy swoje. Zapytam więc jeszcze raz dlaczego trzeba organizować paraolimpiady? Przecież paraolimpijczycy niczym się nie różnią od olimpijczyków... Zróbmy więc zwykłe zawody szermierskie, a później niech będzie szermierka na wózkach, zróbmy biegi na 1000m, a po nich niech się ścigają na wózkach, niech to będą oddzielne dyscypliny sportu, ale niech się odbywają na tym samym stadionie, w trakcie tych samych igrzysk, pod tym samym ogniem olimpijskim. Po co dwie imprezy? Bo jeśli są dwie to zawsze jedna będzie lepsza, a druga gorsza. I niech transmitują to w telewizji, z miłą chęcią pooglądam biało-czerwonych na wózkach, na nogach, o kulach i widzących i niewidzących i będę się cieszyć z ich wyników tak samo...


Podziel się
oceń
43
20

komentarze (33) | dodaj komentarz

Niektórym facetom dzieci po prostu się nie należą...

wtorek, 10 lipca 2012 1:00

Przeczytałam artykuł o „zaradnych” tatusiach, którzy wykręcają się jak mogą od opieki nad swoim dzieckiem. A to nie słyszą w nocy płaczu, a to muszą wyjść do kiosku i nie ma ich ładnych parę godzin. Pieluch też nie zmieniają, bo to przecież brudna i strasznie trudna robota i jedyne co potrafią to bawić się samemu zabawkami dziecka, udając, że właśnie w ten sposób spędzają czas z pociechą. A zauważyliście może, że gdy tatuś chce bawić się z dzieckiem, to przeważnie robią to, na co tatuś ma ochotę?

 

Niby śmieszne, że panowie tak się wykręcają i możemy się pośmiać z braku zaradności, ale która z nas kobiet nie miała przy dziecku wątpliwości, że zrobi mu krzywdę, że sobie nie poradzi itp. Panowie też by sobie poradzili, gdyby oczywiście chcieli. No ale nie chcą, to udowodnione w statystykach, bo tylko 29% tatusiów spisuje się tak, jak powinno. Reszta (czyli prawdopodobnie Ty też, Drogi Czytelniku) to wykręcacze i oszuści, którzy tylko na spacerze przed ładnymi paniami udają wspaniałych i kochających ojców, bo tak przynajmniej nudny spacer z wózkiem mogą zmienić w krótki flircik z nieznajomą (a może i coś więcej, bo w końcu w domu żona siedzi sfrustrowana, zmęczona i w poplamionej bluzce).

 

Możecie mi wmawiać, że coś się w tych naszych rodzinach zmienia, że nasi polscy panowie wreszcie zrozumieją, co tracą. Ale co właściwie mogą stracić? Kilka brudnych pieluch i sen, no i nerwy oczywiście. Po co mają to robić, skoro zawsze obok jest kobieta, którą można poniżyć, że jest złą matką, bo spędziła godzinę czasu „tylko dla siebie”. Prawda jest taka, że łatwo szczególnie w młodych matkach wzbudzić wyrzuty sumienia i wmówić im, że jeśli chcą mieć trochę czasu dla siebie, zaniedbują dziecko. I panowie to wykorzystują na wszelkie możliwe sposoby, bez skrupułów i większych przemyśleń, jakie szkody wyrządzają kobietom, które podobno kochają.

 

Może dlatego tak bardzo to mnie wkurza, bo widzę, co stało się z wieloma kobietami w mojej rodzinie. Ileż to razy szwagier zostawiał moją siostrę samą z dzieciakami, gdy te były chore. On nie brał wolnego, bo wiadomo, że nawet 8 godzin pracy to nie to samo, co 24 godziny z dwoma chorymi na anginę przedszkolakami. Presja na kobietach jest jeszcze większa, bo przecież chorobowe na dzieci nie podoba się pracodawcy, a jak tu poprosić dumnego samca o wsparcie (choć prawda jest taka, że gdy u mnie w biurze jeden jedyny pan raz wziął wolne na chore dziecko, prawie od razu został okrzyknięty męczennikiem męskiego rodu, choć nie zrobił nic więcej niż setki tysięcy matek robi każdego dnia).

 

Najbardziej absurdalne jest już to, gdy pan patrzy na swoją żonę, matkę swego dziecka, która po setkach nieprzespanych nocy, dzieleniu pracy zawodowej z macierzyństwem, dochodzi do wniosku, że żona przestała być dla niego atrakcyjna. Ciekawe jak atrakcyjny byłby on, gdyby pracował na 4 etaty? Mój szwagier zdradził moją siostrę kilka razy, ciągle tłumacząc jej, że to właściwie jej wina, bo jest zmęczona i nie ma ochoty na seks, ale żeby pomóc w domu? Nie jaśniepan nie może ubrudzić sobie rączek mokrą pieluchą... I tak to się zapętla... Czasem sobie myślę, że to wielka szkoda, że dziecko musi dziedziczyć te 50% DNA po ojcu, bo szczerze większości panom dzieci się nie należą, bo dzieci to zbyt wielki skarb, żeby aż tak nimi poniewierać...


Podziel się
oceń
51
17

komentarze (94) | dodaj komentarz

Samochodzie – zbawco mojego narodu...

niedziela, 08 lipca 2012 16:40

Polacy strasznie kochają swoje samochody, te małe i te duże, stare i nowe, brzydkie i ładne. Nic dziwnego, że tyle u nas znawców, mechaników i amatorów czterech kółek oraz ściąganego zewsząd złomu, co jeszcze da się wyklepać i pojeździ parę lat.

 

Stan naszych dróg pozostawia wiele do życzenia, samochodów także, o pijanych kierowcach nie wspomnę. Jednak kochamy jeździć i kochamy nasze samochodowe zwyczaje, które przenosimy ze sobą za granicę...

 

Znajomi Polacy mają samochód – jak przyznam się , że ja nie mam czterech kółek, to pewnie nie jeden zarzuci mi, że zwyczajnie zazdroszczę i żółć mnie zalewa, bo oni mają a ja nie, dlatego w tym miejscu wytłumaczę, że pewnego dnia usiadłam i policzyłam, ile wydam na dojazdy komunikacją, a ile na samochód i zdecydowałam się nie mieć, bo wychodzi taniej. Ale wracając do znajomych. To młodzi ludzie, tuż po trzydziestce, mieszkają zaledwie 300 metrów od miejsca pracy, może niecałe 200 do najbliższego sklepu i przedszkola dzieci. Po co im samochód? Bo mają dzieci i przydaje się, żeby podwozić je do przedszkola i jeździć do pracy!!! Tak do pracy, do której idzie się może 4 minuty. Pewnego dnia owa znajoma poprosiła mnie, abym odebrała jej pociechy z przedszkola. Wręczyła mi oprócz kluczy do domu, kluczki do samochodu. Nie użyłam kluczyków, bo chyba więcej energii kosztowałoby mnie samo wsiadanie i zapinanie pasa niż pójście piechotą. Znajomi nie byli zadowoleni, że wystawiłam ich dzieci na taki wysiłek. Innego dnia byłam u nich na herbacie i powiedziałam, że muszę jeszcze dzisiaj skoczyć na zakupy do marketu za rogiem. Pani domu chciała iść ze mną, więc mnie podwiozła te 200 metrów.

 

Owi znajomi nie mogli też wyjść z podziwu, że całą wiosnę i lato jeżdżę rowerem. Kupili więc sobie rowery, żeby dojeżdżać do pracy (która jest tak blisko, że wg mnie nie opłaciłoby się odpinać rowerów z łańcucha...). Przyjechali raz męcząc się przy tym okropnie, choć mieli z górki. Był to ostatni raz, gdy w ogóle wsiedli na rowery.

 

Jeśli myślicie, że jest to odosobniony przypadek i reszta Polonii ma inaczej, mylicie się. Wielu Polaków na obczyźnie nie musi liczyć benzyny, bo proporcjonalnie do zarobków jest dużo tańsza. Trzeba więc pokazać się. Najczęściej kupują samochody tanie i używane, które psują się non stop, a naprawa w Szwecji kosztuje sporo. Inni jadą z samochodami do Polski na przegląd, bo wiedzą, że w Szwecji ich auta nie będą dopuszczone do ruchu, ale co z tego? Mają? Mają? Ja nie mam i jestem gorsza, zresztą każdy Polak, który nie ma samochodu jest gorszy. Do tego rower to obciach (choć w Szwecji dużo ludzi i tych bogatych i bogatszych jeździ rowerami do pracy i na zakupy).

 

Najgorzej jeśli, któryś Polak chce już sprzedać swojego – za przeproszeniem – rzęcha, bo chce go wcisnąć właśnie mnie, bo ja samochodu nie mam, a przecież mieć muszę. Kiedy tłumaczę, że mi niepotrzebny, nie wierzą, że niepotrzebny, jedynie mogą zaakceptować fakt, że jestem za biedna. Dlatego wszyscy uważają, żem biedna, bo do marketu za rogiem przychodzi mi iść piechotą :)


Podziel się
oceń
41
19

komentarze (56) | dodaj komentarz

Nuda

niedziela, 24 czerwca 2012 14:14

Czuję się jak dzieciak, który mając przed sobą wakacje nie ma pojęcia, co ze sobą zrobić.

Dostałam miesiąc wolnego – takież to dziwne zwyczaje panują wśród Szwedów, w Polsce o miesięcznych wakacjach mogłabym sobie tylko pomarzyć...

 

Niby fajnie, na początku euforia, ileż to czasu dla samej siebie! No ale później pytanie - co tutaj robić?

 

Polak zwyczajnie nie jest przyzwyczajony do wypoczywania, bo gdy w Polsce udało mi się wyłuskać te dwa tygodnie wolnego zawsze to ”wolne” przekształcalo się w robotę na dwa etaty, a to trzeba było zrobić jakieś naprawy w domu, a to rodzicom pomóc w remoncie, a to siostra podrzuciła dzieciaki, bo ciocia ma wolne to ona będzie miała trochę czasu dla siebie, a ja z ”przyjemnością” mogę się zająć jej potomstwem. Dodatkowo dochodziły jakieś zaległości w stylu, odwiedz ciocię Helę, samochód wymaga przeglądu, kup sobie wreszcie to i tamto i... po wakacjach.

 

Ateraz jednak uporałam się z zaległościami w pierwszym tygodniu wielkiego urlopu … i ... nie mam, co ze sobą zrobić. Nie kupiłam wycieczki, bo myślałam, że ”tutaj to muszą być ceny”. Teraz wiem, że się myliłam, bo każdy pracujący człowiek może sobie tutaj pozwolić na wyjazd. Czatuję więc na last minute i … nudzę się śmiertelnie...

 

A może macie jekiś pomysł?


Podziel się
oceń
39
16

komentarze (30) | dodaj komentarz

Żona dla obcokrajowca...

niedziela, 10 czerwca 2012 13:06

Zastanawialiście się kiedyś, ile jest w stanie zrobić kobieta, żeby wyrwać się z biedy? A pamiętacie może Adasia Miałczyńskiego w Nic śmiesznego? Jego żona chciała aplikować na „żonę dla obcokrajowca” i dlatego rozwiodla się z Adasiem... Myślałam, że za PRLu to nawet niezłe rozwiązanie dla desperatek, ale dziś zmieniam zdanie. Poznałam kilka dziewczyn i kobiet, które w ten sposób przyjechaly do Szwecji. I wcale nie chodzi tutaj o jakieś nielegalne konszachty dla wizy, ale o prawdziwe związki „na dobre i złe”. Dla młodych niedoświadczonych wytłumaczę: samotny pan, który zamieszkuje kraj Unii lub Kanadę bądź Stany, przez internet lub specjalną agencję znajduje sobie „wybrankę serca” z kraju biedniejszego, np. Filipiny, Ukraina, Rosja, Bangladesz. Pani otrzymuje w ten sposób stały pobyt w danym kraju, a pan może się nacieszyć często dużo młodszą i ładną żonką.

 

Oczywiście są przypadki, że jakiś Szwed naprawdę zakocha się w dziewczynie z Filipin. Większość takich małżeństw, które poznałam, to jednak aranżowane związki, gdzie państwo młodzi zobaczyli się na kilka dni przed ślubem, a wcześniej prowadzili jedynie korespondencję lub rozmawiali na Skype, często nierozumiejąc się wzajemnie ze względu na barierę jezykową.

 

Niby taki układ nie jest zły, bo wszyscy są w jakiś sposób szczęśliwi – ona ma zagranicznego męża, którym zapewne może się pochwalić w rodzinnej wiosce, a on... no cóż ma kogo... (dokończcie sobie sami). Dlatego dla mnie jest to mimo wszystko jakaś forma ukrytej prostytucji... Przecież dziewczyny sprzątają, gotują i kochaja się z mężami za pieniądze, które dostają od męża na mieszkanie, ciuchy, kosmetyki, biżuterię itp. Często owe żonki nie pracują, latami uczą się języka tubylców bez efektów, zostają zwykłymi kurami domowymi, totalnie odciętymi od świata, ale za to jakie mają wejście, jak wrócą w odwiedziny do tej swojej biednej wioski z zagranicznym mężem, w świetnych ciuchach i biżuterii z wypasionym samochodem.

 

Znam dwie panie (jedna z Ukrainy, druga z Bangladeszu), które mają już dorosłe dzieci z poprzednich związków i były święcie przekonane, że jeśli wyjdą za „bogatego Szweda”, to sprowadzą dzieciaki do Europy i choć same się poświęcą, zapewnią im lepsze warunki bytowania. Nic z tego – prawo UE przewidziało takie sytuacje i obie panie mają wielki problem, bo one tu, a dzieci tam. Co więcej „bogaty Szwed” to wcale nie milioner w naszym rozumowaniu, ale zwykły przedstawiciel klasy średniej. Ostatnio rozmawiałam z Ukrainką, która strasznie cieszyła się, że ma takiego wspaniałego i bogatego męża, bo on ma prace, mają swoje mieszkanie i samochód i że nawet stać ich na wakacje w Turcji.

 

Inny taki przykład, moja koleżanka z kursu szwedzkiego dostała szwedzką wizę jedynie na pół roku. W owe pół roku zdążyła się zakochać, zaręczyć, wziąć ślub i zajść w ciążę, czywiście wszystko ze Szwedem. Chłopak nie jest bardzo rozgarnięty, ani on piekny, ani mądry. Poznali się na jakiejś stronie dla singlii, a ona była zdesperowana, żeby tutaj zostać... Powiedzmy, że dziewczyna jest szczęścliwa, nie znaczy jednak, że szczęśliwi są oboje. Słyszalam jak kiedyś opowiadała swojej kumpeli, że kasę ma i czeka na obywatelstwo, świadcząc przy okazji usługi swojemu mężowi.

 

Inna sprawa to związki dla wizy, gdy obcokrajowiec płaci Szwedowi lub Szwedce, żeby ten udawał, że jest z nim-nią zaręczony, związany lub cokolwiek. Tak prawdopodobnie wkręciła się na wizę moja koleżanka z Argentyny. Choć nie mogę być do końca pewna, bo nie mam namacalnych dowodów jedynie obserwacje i domysły, dziewczyna ewidentnie kręci, jeśli chodzi o jej chłopaka. Nigdy nie poznaliśmy delikwenta, jedyne co wiemy to jego liczne zdjęcia na Facebooku i jej ciągłe opowieści (często sprzeczne ze sobą). No ale...


Podziel się
oceń
42
20

komentarze (73) | dodaj komentarz

sobota, 21 stycznia 2017

Licznik odwiedzin:  1 964 390  

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

Polska studentka mieszkająca na dalekiej Północy, emigrantka z potrzeby, nie z wyboru, szuka szczęścia za granicą...

Statystyki

Odwiedziny: 1964390
Wpisy
  • liczba: 217
  • komentarze: 8195

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Wiadomości

Bloog.pl